Wtorek, 19 czerwca 2018, Imieniny: Gerwazego, Protazego, Sylwii PL EN | |

PRZECHADZKI PO MIEŚCIE

Marceli Motty, Przechadzki po mieście , ” Biblioteka Pamiętników Polskich i Obcych „, Warszawa 1957, t. 2, s. 326-335 (Część piąta: Od Kolegium Jezuickiego do warsztatu szewca Eliasiewicza; rozdział: Ulica Wodna). […] Dom ten, który mi przypomniał Stanisława Warnkę, łączy się, jak widzisz, bezpośrednio z dużym budynkiem tworzącym z drugiej strony róg Klasztornej uliczki i ciągnącym się wzdłuż niej aż do Koziej, której całą jedną połać zajmuje. Na pierwszy rzut oka wydaje się ta kamienica jak wszystkie inne; dołem są kramiki, górą trzy rzędy okien; wyróżnia ją tylko jeszcze ta przystawka narożna, ozdobiona posągiem. Matki Boskiej z Dzieciątkiem, w którym od razu poznasz utwór średnich wieków, a kilka kroków za tą przystawką, na Klasztornej, zobaczysz bramę kamienną z rzeźbami i datą roku 1548. Tylko tacy starzy jak ja, panie Ludwiku, pamiętają jeszcze całkiem inny wygląd tego gmachu i nie zapomnieli, że kiedyś, na tyłach swoich, łączył się wiszącym murowanym gankiem ze starym owym domem przy Koziej uliczce, który, na rogu Jezuickiej, odznacza się także pięknym posągiem Jezusa błogosławiącego kulę ziemską. Było tu jeszcze na ścianach kilka innych figur, była i druga rzeźbiona brama, na której stał napis: Lucas de Górka capitaneus* [*Łukasz Górka wojewoda]. Otóż mury te należą do najdawniejszych w Poznaniu, powstały w piętnastym wieku, a cały kompleks budynków między Wodną, Starym Rynkiem i Klasztorną tworzył, Republica vigente*, [*w czasach świetności Rzeczypospolitej] dworzec rodzinny Górków(7), której ostatni członek, Stanisław, wojewoda poznański, umarł w ostatnich latach szesnastego wieku. Ci Górkowi liczyli się do najpotężniejszych magnatów wielkopolskich, byli starostami, kasztelanami, wojewodami, biskupami, pisali się comites a Gorka*, [*hrabiowie z Górki] a znakomite posągi najwybitniejszych przedstawicieli tego rodu, Uriela, Andrzeja, Łukasza, oglądać możesz w naszej katedrze, gdzie już w początkach piętnastego wieku mieli osobną kaplicę. Niemało zapewne w ich dworcu poznańskim zaszło wypadków, które by historykowi jakiemu, może i Sienkiewiczowi, nastręczyły treści do zajmujących powieści; ja przypominam sobie tylko, co mi raz Łukaszewicz powiedział, że tutaj Andrzej Górka przez kilka dni z nadzwyczajnym przepychem przyjmował złowrogiego dla Polski gościa, Alberta, księcia pruskiego. Gdy rodzina Górków wymarła, stal się ich dworzec w początkach siedemnastego wieku własnością miasta, które go niebawem sprzedało benedyktynkom sprowadzonym z Chełmna, dlaczego je tutaj powszechnie chełmiankami nazywano. Rekrutowały się głównie z wyższej szlachty i powodziło im się świetnie aż do okupacji pruskiej, która zakon zniosła, bardzo znaczne jego posiadłości w mieście i na prownicji zabrała; ale przez długi czas klasztoru poznańskiego nie zmieniono i siedziały tam jeszcze za mojej pamięci w celach swoich trzy czy cztery zapomniane chełmianki, dopóki nie wymarły wszystkie. Ich kaplica miała wejście z Wodnej ulicy, tuż przy owej narożnej przystawce. Była to duża kamienna brania, do której się wchodziło po kilku schodach. Dobrze sobie przypominam tę dość obszerną kaplicę, bo jako mały chłopiec często tam z matką bywałem na mszy. W niedziele i święta niełatwo przyszło znaleźć miejsce, albowiem ludność okolicznych ulic, osobliwie starsze jejmoście, miały szczególny pociąg do kaplicy chełmianek i do kazań księdza kapelana. Prawda, że ów ksiądz kapelan Tańculski już zewnętrznym wyglądem sympatyczne sprawiał wrażenie. Niski, grubawy, mimo podeszłego już wieku miał w wyprężonych ruchach i podniesionej głowie coś żołnierskiego i stanowczego, a twarz jego okrągła, przyjemna i wesoła spoglądała śmiało naokół spod szerokich skrzydeł niskiego kapelusza. Chodził odmierzonym krokiem, trzymając zwykle laskę jak karabin na plecach. Mogę ci go tak zgodnie z prawdą opisać, panie Ludwiku, ponieważ spotykałem go bardzo często idąc z kolegami na przechadzkę; znał nas wszystkich, bo z ojcem moim był od dawna w dobrej komitywie, i gdy nas spostrzegał nadchodzących, wołał już z daleka: „Jak się macie, dziecioki.” Pewnego razu, przypominam sobie dobrze, skreślił ojcu swoje spotkanie z zającem na drodze w tych lakonicznych słowach: „On stanął, ja stanął; ja fignął, on fignął i poszedł.” Mówił mi ktoś, że w młodych latach odbywał wojaczkę i później dopiero został księdzem, a tym tłumaczono sobie ów pozór nieco wojskowy, ale powszechnym było przekonanie o jego szczerej pobożności, i nieraz widzieć go mogłeś tam na drodze ku Dębinie z otwartym brewiarzem w ręku. Głos miał Stentora i gdy prawił z ambony, niemal każde słowo odbijało się wyraźnie na ulicy. Słyszałem kilkakrotnie jego kazania,, byłem za mały jeszcze, aby je ocenić, ale pamiętam, że kaznodzieja rzucał się w tę i w ową stronę, ręce często podnosił do góry, od krzyku i natężenia miał twarz czerwoną i że pewnego razu wynikło mu się w zapale nazwać czarta przenajświętszym, ku wielkiemu przerażeniu starych jejmości, które wszystkie zadrgnęły na swoich siedzeniach.(8) W parę lat po trzydziestym zmieniła się tutaj scena całkowicie; rząd zabrał budynek, który z zewnątrz i wewnątrz zmieniony został na zwyczajną kamienicę, zniknęła ulubiona przez matki nasze kapliczka, a poczciwy ksiądz Tańculski usunął nam się z oczu. Miejsce klasztoru zajęła wyższa szkoła dziewcząt, założona przez magistrat i szkołą Ludwiki nazwana, od imienia królowej pruskiej.(9) Z początku miała skromne rozmiary, cztery czy pięć klas, i od razu, jak możesz się domyśleć, wykładano tam wszystko po niemiecku z wyjątkiem religii katolickiej i języka polskiego, bo i polskich dziewcząt znalazło się dużo. Pierwszym nauczycielem polskim był, jeśli się nie mylę, pan Radziejewski, referendariusz czy asesor przy sądzie tutejszym, a pierwszą guwernantką, która przede wszystkim obyczajów i porządku uczennic doglądała, była jakaś pani Helling, jejmość już niemłoda; kto zaś naczelnie kierował całą szkołą, tego już nie pamiętam, ale wkrótce po jej założeniu powołano do tego kierownictwa odpowiedniego rektora w osobie doktora Bartna, który przez długie lata urząd swój sprawował. Chociaż znałem go bardzo dobrze i kilka razy byliśmy z sobą w bliższych stosunkach, wiem tylko z przedpoznańskich jego dziejów, iż urzędował w Halli przy jakiejś Szkole, nim go tutaj sprowadzono. Przyjechał młody jeszcze, zaledwie trzydziestoletni, w kawalerskim stanie, a lubo był bardzo wysoki, chudy i urokiem twarzy bynajmniej nie grzeszył, znalazł niebawem towarzyszkę życia w całkiem pięknej osobie, która także z dalszych stron wtenczas pojawiła się w Poznaniu.

Otóż panna Hevelke, pochodząca z Łodzi, gdzie ojciec jej był pastorem, przybyła do naszego miasta, aby bliskich krewnych odwiedzić, w towarzystwie matki i siostry, a ponieważ te panie pierwszy tutaj swój przystanek znalazły w domu, w którym (mieszkali moi rodzice, spotykałem się niemal co dzień z nimi, w sieni lub na schodach, nim je doktor Barth poznał. Nie zdziwiłem się więc, gdyśmy po niejakim czasie o zaręczynach jego usłyszeli, ktokolwiek bowiem jeszcze panią Barthową w młodszych jej latach pamięta, przyzna mi zapewne, że nie można było patrzeć obojętnie na powaby kształtu i twarzy tej żwawej i świeżej brunetki. Zalety zewnętrzne zachowała do późnego wieku, a łączyła z nimi, jak potem wielokrotnie przekonać się mogłem, pewien rodzaj dystynkcji i ogłady, które ją w towarzystwach niemieckich odznaczają. Po polsku wyrażała się z łatwością i z takim doborem wyrazów, że słysząc jej mowę byłbyś ją uważał za rodowitą Polkę wychowaną w Warszawie. Ale wracając do jej męża, panie Ludwiku, powiedzieć ci muszę, że ile mi wiadomo, nie tylko obowiązki urzędu swego należycie wypełniaj, lecz że i szkoła Ludwiki jemu głównie zawdzięcza swój rozrost i stanowisko, które teraz między zakładami szkolnymi zajmuje. Odznaczał się on należytym taktem pedagogicznym, na którym częstokroć, szczególnie wobec dorastających panien, nauczycielom niemieckim zbywa, a chociaż wszystkim uczennicom bez różnicy wieku, może wedle saskiego zwyczaju, mówił du* [*ty] potrafił jednak łączyć przyzwoitość i życzliwość w obejściu z konieczną powagą i surowością, uwzględniając należycie w wykładach swoich i postępowaniu różnice narodowości i religii; toteż Polki, równie jak Niemki i Żydówki miały dla niego szacunek i zaufanie, jakie dla nauczyciela mieć należy. Nie mówię na wiatr, panie Ludwiku, lecz wiem to od siostry, która rok czy dwa w wyższym oddziale pobierała naukę od rektora Bartna. Szczupła z początku liczba Mas zakładu pomnożyła się wkrótce do kilkunastu i więcej; żeby zaś zwiększyć wpływ jego i znaczenie, przeprowadził nasz rektor połączenie z nim kursu elementarnego oraz seminarium, w których by kształcić się mogły przyszłe nauczycielki i przysposobić do egzaminu rządowego, a wskutek tego wypuściła aż do dni naszych szkoła Ludwiki na świat już legiony guwernantek, które się po całej prowincji i za granicą rozbiegają. Ponieważ instytut tak rozszerzony stał się niemałym ciężarem finansowym dla miasta i ponieważ panu Barthowi bardzo także zależało na tym, żeby móc się nazywać königlich zamiast städtisch*, [*królewski… miejski] przeto postarano się obustronnie o przeistoczenie go na królewski. Współubiegały się z nim od pięćdziesiątego siódmego roku w wychowywaniu i naukowym kształceniu tutejszych dziewcząt dwa zakony, urszulanki i sercanki, które w krótkim czasie całą niemal katolicką młódź żeńską przygarnęły do siebie, zwłaszcza iż miały także prawo przyspasabiania do egzaminu na nauczycielki. Zakłady ich różniły się nieco dążnością, podczas gdy u sercanek, będących w końcu pod komendą pani Józefy Chłapowskiej, przemagał w ogóle kierunek arystokratyczno-francuski i główny (przycisk padał na to, aby w tym duchu i w mistycznej nieco pobożności wychowywać osobliwie szlachcianki, które odrębnie od innych trzymano, wyglądało u urszulanek, u których rej wodziła nader ruchliwa i przedsiębiorcza matka; Bernarda Morawska, także wszystko pobożnie, ale bardziej demokratycznie i po polsku; stąd też miejskie dziewczęta tłumnie do nich dążyły. Obiedwie szkoły zakonne były pod ścisłym dozorem rządu; plany naukowe, nauczyciele i nauczycielki zależały od wyższego zatwierdzenia, komisje rządowe odbierały egzamina i nic się tam dziać nie mogło i nie działo, co by państwu groziło niebezpieczeństwem; mimo to jednak, gdy po wojnie francuskiej zawiał wiatr kultury, obadwa zakony wygnano i szkoły ich zamknięto, bez względu, że obadwa właśnie wtenczas walczyły z ciężkim, finansowym położeniem, obadwa bowiem krótko przedtem pobudowały i urządziły sobie z wielkim kosztem nowe siedziby w naszym mieście. Znalazły wszakże niejaką ulgę w tym, że rząd nabył ich własności; w wspaniałym gmachu sercanek, jak ci wiadomo, wzniesionym na końcu Górnej Wildy, pomieszczono zakład Garczyńskiego, a domy i grunta przy Dolnej Młyńskiej ulicy, kupione od łaziebnika Bischoffa, gdzie urszulanki ledwo gospodarować zaczęły, przekazano, zmieniwszy je odpowiednio do przeznaczenia, szkole Ludwiki, ponieważ tutaj, w starym dworcu Górków, pomieścić się już nie mogła. Uwolnił się więc takim sposobem dyrektor Barth od współzawodnictwa zakonów i miał to zadowolenie, że w nowej siedzibie tak wygodzie własnej, jako i wszystkim potrzebom swego instytutu dostatnio’ mógł zaradzić. Niezbyt długo tam jednak królował. Siły jego fizyczne już znacznie były zużyte tak wieloletnią uciążliwą czynnością urzędową, jako też bardzo ruchliwym towarzyskim życiem, w którym miał upodobanie, i niemałymi utrapieniami w rodzinie; osłabienie to, w związku z nerwowym jego usposobieniem, przekształciło się wreszcie w organiczną chorobę, która go niezdolnym uczyniła do dalszego sprawowania obowiązków. Bronił się niedomaganiu temu do ostatka, o emeryturze podobno słuchać nie chciał, a gdy nastąpiła mamo jego woli, krótko potem z doczesnego do wiecznego przeniósł się spoczynku.(10)

 

Prawie równocześnie z dyrektorem Barthem pojawiło się tutaj na Wodnej ulicy przy szkole Ludwiki kilka innych osobistości nauczycielskich, o których, znając je mniej lub więcej, cośkolwiek powiedzieć ci mogę. Język polski objął tam wcześnie po wspomnianym Radziejewskim, seminaryjnie wykształcony nauczyciel, pan Józef Malczewski. Był on szlacheckiego rodu i zwykle w podpisach miano herbu „Skarbek” do nazwiska dodawał. Z dziejów jego poprzednich tyle tylko wiem, że rodzice jego kiedyś posiadali majątek ziemski i że początki nauk odebrał w szkole trzemeszeńskiej, skąd bliższa jego znajomość z Cegielskim. Spotykałem się z nim tu i ówdzie dość często i pozostawił mi wrażenie gorącego patrioty, przy tym zaś człowieka, który łączył z niemałym poczuciem własnej godności pewną skłonność do krytycyzmu i apodyktycznych sądów o ludziach i rzeczach, która się nieraz nawet w ruchach jego twarzy i głosie odbijała. Na dziewczęta polskie w wyższej klasie dobry wpływ wywierał, bo ile mógł, dawał im wyobrażenie o historii i literaturze naszej. Urzędował on tutaj – jak pamiętam – do czterdziestego drugiego roku, po czym go do seminarium nauczycielskiego przeniesiono, gdzie także język polski dawał i gdzie doczekał się jeszcze czasów kultury, po czym jako emeryt rozstał się z tym światem w dość późnym wieku. Miejsce jego w szkole Ludwiki zajął pan Ignacy Woliński, który zawód swój nauczycielski rozpoczął w Kostrzynie, a potem tutaj długie lata przepędził. Kto go znał, nie zaprzeczy, że trudno było lepszy zrobić wybór na stanowisko, które mu powierzono; już postawa poważna, twarz miła i łagodna, głos częstokroć uroczysty pana Wolińskiego wskazywały wrodzonego pedagoga, a pozór ten nie mylił, wiadomo mi bowiem, że od początku do końca zawodu swego cieszył się tu w szkole i prywatnych stosunkach powszechnym szacunkiem. Uczennice polskie miały do niego szczere przywiązanie, bo umiał je sobie pozyskać ojcowską życzliwością i z pewnym namaszczeniem w przemowach zachęcać do pracy nad ojczystym językiem i do zapoznania się z jego piśmiennictwem. Z równym powodzeniem jak w szkole Ludwiki uczył także w kilku tutejszych pensjonatach, a żywot spokojny, nieraz kłopotliwy, spędził w wytrwałej pracy nad tym, żeby w obrębie zawodu swego wypełniać sumiennie obowiązki względem narodowości, z którą go ściśle łączyły wszystkie jego uczucia, oraz liczną rodzinę wychować na pożytek ogółu naszego. Wspominając ci, panie Ludwiku, o najpierwszych nauczycielach zatrudnionych w tym tu kiedyś szkolnym budynku, Wolińskiego pominąć nie mogłem, żałuję tylko, ponieważ w bliższych z nim stosunkach nie byłem, że tak krótką wzmianką o tym zacnym człowieku zadowolić się musisz. Wyczerpawszy siły swoje w blisko czterdziestoletniej czynności urzędowej, dosłużył się emerytury i niedługo potem umarł w Oporowie, u najstarszego z synów, który tam był proboszczem, a po jego ustąpieniu dźwięk mowy polskiej nie odbił się już o ściany w szkole Ludwiki, z której dotychczas jeszcze jest wygnanym.(11) Naukę religii wykładał katolickim uczennicom, po większej części po polsku, ksiądz Grandke, o którym powiem ci też słów kilka, gdy się między kanoniami, na tumskim rynku błąkać będziem, a teraz nim przejdziemy parę kroków dalej, wymienić ci jeszcze muszę jedną osóbkę, która tutaj w szkole Ludwiki ważne przed pół wiekiem zajmowała stanowisko. Mówię osóbkę, bo to była niewielka, zgrabna i dość ładna blondynka, panna Cora von Mosch.12 Gdy tutaj przybyła, nie żył już jej ojciec, niegdyś major w wojsku pruskim, mamę zaś miała przy sobie, ale jej światu nie pokazywała, ponieważ to była podobno jejmość minorum gentium* [*niższego pochodzenia]. Panna Mosch dawała głównie lekcje języka francuskiego w wyższych klasach, a ponieważ znałem ją dobrze, poświadczyć ci mogę, że mówiła bardzo biegle tym językiem, a oprócz tego rozmówiła się po polsku całkiem dostatecznie, toteż łatwo jej było wejść zaraz w stosunki z kilku rodzinami polskimi i przyciągnąć do siebie pensjonarki polskie, między którymi pamiętam pierwsze, to jest dwie córeczki państwa Kierskich z Brzezin, teraz już szanowne matrony, panią Antoninę Małecką i Kaźmierzową Nieżychowską. Umiała radzić o sobie, bo zmysł praktyczny miał u niej przewagę nad sentymentalnością, a chociaż nie brakło jej przy każdej sposobności na czułych frazesach, widać było, że idą z głowy, nie z serca. Odznaczając się przy tym przyzwoitością w obejściu i łatwością w rozmowie, obracała się z równą swobodą w kołach polskich jak w niemieckich, stąd też zapewniła sobie od samego początku dostateczny dochód i dość przyjemne życie. Ale z biegiem czasu stan panieński przykryć jej się zaczął i aby mu koniec położyć, zwłaszcza, iż trzydziestka widocznie mijała, znalazła sobie zupełnie odpowiedniego usposobieniu swemu młodzieńca, pana Roberta Hepke, który około czterdziestego piątego roku przy gimnazjum fryderykowskim tymczasowo był zatrudniony. Liczył on się także do moich znajomych, mogę ci więc powiedzieć, że ten szczupły blondynek, średniego wzrostu, o regularnej, bladej twarzy, zalecał się niezwykłym na swój wiek spokojem i jakąś powagą, która się uwydatniała w każdym jego ruchu i słowie i pokrywała szczęśliwie niezbyt obfite zasoby ducha. Urodzony, ile mi wiadomo, w Poznaniu, gdzie ojciec jego, którego rychło stracił, urzędował przy poczcie, ukończywszy nauki w tutejszych szkołach, odbył potem kurs filologii w Berlinie i uzyskał świadectwo nauczyciela gimnazjalnego, a ponieważ od lat najmłodszych walczyć mu przyszło z rozmaitymi trudnościami i myśleć o sobie, rozwinęło to w nim wcześnie pewną dojrzałość i roztropność przedwczesną. Mówił po polsku niemal jak Polak i łatwo mu było zastosować się do towarzystwa naszego, od którego bynajmniej nie stronił, a koniec końcem Polacy przyczynili mu się najwięcej, chociaż pośrednio, do pomyślnej kariery. Gdy bowiem czterdziestego szóstego roku wydalono, jak wiesz, z gimnazjum Marii Magdaleny czterech polskich nauczycieli, dostał się Hepke na miejsce jednego z nich, wskutek czego mógł wkrótce potem zawinąć szczęśliwie z panną Corą do małżeńskiej przystani; gdy zaś czterdziestego ósmego kwestia polska w prowincji naszej głośno się odezwała i za granicą rozlegle odbrzmiewać zaczęła, uznano w Berlinie, w biurach ministerstwa, potrzebę osobistości pewnej, która by z dzienników polskich i francuskich należycie zdawać mogła sprawę i odnośne korespodencje załatwiać. Zapytano się o takową w Poznaniu, gdzie jako odpowiedniego żądaniu Hepkego polecono. Tak dostał pomieszczenie w ministerstwie spraw zewnętrznych, a chociaż dalsze jego losy mi szczegółowo nie znane, wiem jednak, iż nie tylko utrzymać się tam potrafił, głównie z pomocą swej Cory-Egerii, lecz doszedł z czasem do stanowiska dość wysokiego, bodaj nie tajnego radcy.(13) Prócz wymienionych osób urzędujących tutaj dawnymi czasy w szkole Ludwiki, przypominam sobie jeszcze Wanselowa, nauczyciela języka angielskiego i Schönkego, który dawał lekcje nauk przyrodzonych, ponieważ jednak za mało ich znałem, abym ci cośkolwiek o nich mógł powiedzieć, i ponieważ wyczerpała się już moja kromka o tym niegdyś dworcu Górków, musimy się z nim pożegnać i przejść kilka kroków dalej Przypisy: 7 Pałac Górków zbudowany został w stylu późnogotyckim w r. 1517 staraniem Łukasza Górki. Przebudowa i rozbudowa nastąpiła w r. 1548 z inicjatywy Andrzeja Górki, syna Łukasza, słynnego protektora luteranów. Tu w r. 1543 bawił książę pruski Albrecht jako gość Górków. Po wymarciu Górków w r. 1592 pałac na krótko przeszedł w posiadanie gminy luterańskiej, a od r. 1601, benedyktynek chełmińskich. Gdy w r. 1828 nastąpiła kasata zakonu, zabudowania przekazano w r. 1834 na umieszczenie szkoły żeńskiej Ludwiki. Pałac Górków mieścił się między ulicami Wodną, Klasztorną, Kozią i Swiętosławską. Główna fasada znajdowała się od strony Klasztornej. Dziedziniec pałacu okalał zabytkowy krużganek. O pałacu Górków i klasztorze benedyktynek obszerniej W. Knapowska, Dzieje fundacji ks. Ludwiki Radziwiłłowej . 8 O ks. Piotrze Tańculskim (1777-1837) brak bliższych wiadomości. Kapelanem i spowiednikiem u benedyktynek był od r. 1825 aż do kasaty zakonu. 9 Szkoła Ludwiki – pierwsza żeńska uczelnia w Poznaniu założona w r. 1830 dzięki staraniom ks. Ludwiki Radziwiłłowej, żony namiestnika, której imię też nosiła aż do r. 1919, Dzieje szkoły na podstawie materiałów archiwalnych skreśliła W. Knapowska, Dzieje fundacji ks. Ludwiki Radziwiłłowej w Poznaniu . Rozprawa ta ukazała się również uprzednio w „Kronice M. Poznania”, VII (1929), s. 251-90; VIII (1930), s. 17-67, 113-59, 209-63. 10 Karl Wilhelm Barth (1805-1878) pochodził z Torunia, studia odbył w Królewcu i w Halle. W Halle też prowadził szkołę wyższą dla dziewcząt. Dyrektorem szkoły Ludwiki został w r. 1835 po Friedrichu (1830-35) i Ahnerze (1835). Na emeryturę poszedł w r. 1877. Za jego czasów szkoła stała się państwową i znacznie się rozwinęła. Stosunek Bartha do Polaków nie był przychylny. 11 Polscy nauczyciele w szkole Ludwiki: Józef Malczewski uczył języka polskiego w latach 1836-44, według oceny W. Knapowskiej umiejętnie i z dużym powodzeniem. Jeszcze większy talent pedagogiczny wykazał Ignacy Woliński, nauczyciel języka polskiego w latach 1842-79. Uczył poprzednio w Kostrzynie w latach 1838-42, Był nadto dzielnym patriotą i w okresie ery Manteuffla jak i Bismarcka zdobył trwałe zasługi jako nauczyciel języka polskiego. Zob. W. Knapowska, op. cit., s. 121-24. 12 Kora M o s c h, zdaniem Knapowskiej, prototyp feministki XIX w. W Poznaniu, prowadziła walkę z dyr. Barthem. Napisała podręcznik do nauki języka francuskiego, przez długi czas używany w szkole Ludwiki. Pracowała w szkole do r. 1846. 13 Robert Hepke rozpoczął pracę pedagogiczną w gimnazjum Fryderyka Wilhelma (1843-45), po czym pracował w szkole realnej w Międzyrzeczu (1845-46) i w gimnazjum Marii Magdaleny (1846-49). W r. 1848 wybrany na deputowanego do Zgromadzenia Narodowego W Frankfurcie zrezygnował z dalszej pracy w szkole. W parlamencie zajmował stanowisko antypolskie, podobnie jak w broszurze Die polnische Erhebung und die deutsche Gegenbewegung in Posen im Frühjahr 1848, Berlin-Poznań 1848. Później doszedł do stanowiska tajnego radcy ministerialnego.